witold mrozek o scenach polskich
RSS
piątek, 26 lipca 2013

Dżender dybał na familję polską, a teraz dybie niechybnie i na świątynie sztuki, co w Rzplitej całej pod zbereźnym jarzmem jęczą na stu trzydziestu scenach. Nic dziwnego, że na froncie obrony przed dżenderową zarazą siły Episkopatu naszego wzmocniło najzacniejsze towarzystwo znawców Melpomeny, samotrzeć przeciw sułtanowi rozpusty się wyprawiając i po trzykroć, nim kur nie zapiał, pytaniem z dżenderu go egzorcyzmując.

Tak więc Profesorowie a Biskupi zadumali się, w którym to Zbarażu się zamknąć, aż nawałnica przeminie i chłop znów chłopem będzie, baba – babą, a teatr – teatrem. Tymczasem kupą nieprzebraną nadciągał chanat dżenderski, orda dzika.

Ciągnie na przedzie tej kawalkady bisurman pedalski rozwrzeszczany. Szeroką ławą, pod chorągwią stubarwną, tęczową. Włos trefiony, lica gładkie – a jakieś barbarzyńskie zarazem. Mściwość w ich sercach okrutna. I dżender. Ostatkiem sił broni się dyrektor arcynarodowej sceny, wraz z bratem i całym swym działem literackim. Chwila jeszcze – i go tęczowy buzdygan strąci ze stolca. Ale przecie to nie koniec, to początek dopiero – zaraz za gejowskim hufcem doktorancki regiment maszeruje. Strój krakowski – a toż to przechrzty i ludzkiej mowy nie znają. Średniki w zdaniach złożonych wielokrotnie niczym kosy na sztorc postawione; -izmami i dżenderami ładownice przy pasach nabite. Pif! Paf! Co rusz który z krócicy dżenderem wystrzeli. Ledwo się wszystkie sceny Pałacu Kultury bronią przed ich kulami bezbożnymi, dyrektorzy i dyrektorki po kanałach się kryją.

Gdzie taki syn pohaniec nie może, tam ekscentryczną feministkę pośle. Każda po najmniej dziesięć łokci mierzy, włos na ciele gęsty, zajadłość nieprzebrana. We wrotach nie przepuścisz, bo dżenderem usiecze. Padają teatry w miastach bez tramwajów, wąs się dyrektorstwu odwiecznemu jeży. Ze zgrozy. Już zemsta na „Zemście" wzięta, juści na gnoju Aleksandra hrabiego wywożą i bell hooks na scenach od Radomia po Gorzów wystawiać każą. I to w jidysz, na Boga! Z akcentem, powiadają, nowojorskim. Wreszcie najgorsze z hordy, lesbijki perfidne, co to ich niby w ogóle na świecie Bożym nie ma, a jednak są i w sukurs pobratymcom idąc, dyskurs mącą i studnie dżenderem zatruwają. Taka z czartem u nich komitywa. Spotkasz takie – to na palik nawliką, przyrodzenia też nie oszczędzając.

Tak nadciągają legiony nieprzyjaciół Melpomeny.
Tak zwodzą niewinne dusze feministyczne syreny.
Zali pod jarzmem polegniem?
Dyć parobka w łożu znajdziem?
Chroń nas, Panie, przed dżenderskim
Pomorem i sztuk mizerią!
Święty Andrzeju Bobolo, defende nos in proelio! 

 


czwartek, 25 lipca 2013

Też życzyłem gnieźnieńskiemu teatrowi dyrekcji Magdy Grudzińskiej. Bardzo doceniam jej pracę dla Komuny Warszawa. Współtworzony przez Grudzińską cykl RE// MIX uczynił z offowego teatru przy Dworcu Wschodnim najbardziej poszukującą scenę dzisiejszej stolicy. Wcześniej, mieszkając w Krakowie, pilnie śledziłem tamtejsze Reminiscencje. I cieszyłem się, gdy komisja konkursowa przyznała najwięcej punktów ich dawnej szefowej.

Gdyby marszałek przychylił się do decyzji komisji konkursowej, Gniezno miało szansę stać się interesującym laboratorium artystycznym. Miejscem fuzji pomysłów rodem z III sektora i z instytucji, artystów niezależnych i tych z teatru repertuarowego. Jak pokazuje przykład realizowanego przez wielkopolski urząd marszałkowski cyklu „Wielkopolska: Rewolucje" Agaty Siwiak – działanie w taki sposób nie stoi bynajmniej w sprzeczności z mocnym istnieniem w społeczności lokalnej .

Tak się jednak nie stanie. Marszałek województwa wielkopolskiego wybrał święty spokój i politykę powolnych zmian. Zdecydował się na „słabszą" zaledwie o dwa na prawie czterysta punktów Joannę Nowak, dotychczasową wicedyrektorkę Teatru Polskiego. Zatem kandydatkę z Poznania, z regionu, z doświadczeniem w pracy w instytucjach publicznych – i to takich, które szczególnych kontrowersji od lat nie budziły. Z tej perspektywy niewiele znaczy fakt, że dorobek Grudzińskiej jest bardziej interesujący.

Marszałek nie tylko nie naruszył prawa, które pozwala mu nie zastosować się do decyzji komisji - ale też wytłumaczył się ze swoich motywacji na konferencji prasowej. Co do perspektyw na przyszłość: według mnie w najbliższych latach nie ma szans na zmianę przepisów, która zobowiązywałaby władze do nominowania kandydata wybranego przez komisję konkursową. Nikt nie chce dłubać przy obecnej ustawie. Sam fakt, że (nieobowiązkowe przecież wciąż) konkursy zaczęły się odbywać, stanowi pewien postęp. Trzy kroki naprzód, dwa kroki wstecz...

Pozostaje więc trzymać kciuki za Joannę Nowak i życzyć jej, by jak najszybciej wydobyła Gniezno z teatralnej czarnej dziury. Bo że do reform gnieźnieńskim teatrze dojść musi– nie mam wątpliwości, i nowo mianowana dyrektorka też zapewne ich nie ma.

Trzy ostatnio przeprowadzone konkursy na szefów scen – w Gnieźnie, Katowicach i Bielsku-Białej – nie tylko pokazują, że niezależnie od tego, jak skonstruowane są wymagania, trudno dziś w Polsce zostać dyrektorem publicznego teatru, nie będąc wcześniej dyrektorem innego publicznego teatru. Stanowią też oczywisty dowód, że władze najchętniej wybierają to, co najbliższe status quo.

I trudno się temu dziwić, niestety. Przekonanie, że innowacja koniecznie idzie w parze z procedurami konkursowymi, choć poczciwe, jest zwyczajnie mylne. Wiara w konkursy jest niebezpiecznie bliska wierze w „społeczeństwo obywatelskie" (zamiast społeczeństwa po prostu). Przynależy do tego samego języka, co pogląd, że skoro państwo jest siłą zasadniczo wyalienowaną, skorumpowaną i najlepiej, by było go jak najmniej - to kwestie modernizacji, emancypacji czy nawet usług publicznych załatwią nam organizacje pozarządowe. Tymczasem NGO-sy mogą być równie niewydolne lub wyalienowane, mogą być za słabe, by podołać tym zadaniom, mogą wreszcie wyradzać się – tworząc quasikorporacje. Tak samo otwarte konkursy mogą służyć zachowaniu obecnego porządku, który jest po prostu konserwatywny.

Stąd zawsze dziwiła mnie przesadna wiara pokładana w ten liberalno-utopijny język z początku transformacji przez bliskich mi ludzi, wierzących równocześnie w teatr jako narzędzie krytyki i zmiany społecznej. Owszem, krytyczny teatr może działać w instytucji na zasadzie wirusa, bazować na ciągłym negocjowaniu ram, które instytucja nakłada; na grze z nimi. To już się dzieje i będzie dziać się nadal. Ale parametryzacja, punkty, transparentność - takimi hasłami nie robi się rewolucji kulturalnej... Z transparentnością w kulturze jest trochę jak z Wikileaks – ujawnienie motywacji urzędniczych decyzji nie sprawia wcale, że decyzje te przestają działać, zapadać, wywierać wpływ. To, że je znamy – samo w sobie nie zmienia świata. Przekonaliśmy się o tym także dziś w Poznaniu.

Ta nadzieja, że obecny porządek stworzy mechanizm, który promować będzie krytyczne względem tego porządku działania, zrozumiała jest o tyle, że wydaje się szansą na zmianę pokoleniową dyrekcji części scen. Polski teatr naprawdę tego potrzebuje.

CDN

 

PS: Z cyklu "cuda przedreferendalne": Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła konkurs na Biura Kultury miasta stołecznego Warszawy. Życzę kulturze miasta stołecznego jak najlepiej, choć z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że konkurs w administracji samorządowej ustawić jest jeszcze prościej niż konkurs rozpisany w oparciu o ustawę o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7

Autor - żyje, pochodzi ze Śląska i deklaruje poglądy socjalistyczne. Członek zespołu "Krytyki Politycznej" i stały współpracownik "Gazety Wyborczej", gdzie pisze głównie o teatrze. Wcześniej związany m.in. z "Przekrojem" i Instytutem Muzyki i Tańca. Mieszka w Warszawie.