witold mrozek o scenach polskich
Blog > Komentarze do wpisu

W imieniu roszczeniowej młodzieży

"Etat – to ja. Oświadczył dwudziestokilkuletni artysta i udał się do sądu. Jego prawo. Mentalność roszczeniowa".

Jan Klata, od pół roku dyrektor Starego Teatru, na łamach „Tygodnika Powszechnego" napisał, że musi zwalniać aktorów. Pewnie musi i pewnie ma rację – dopiero co wykonał teatralne „salto mortale", dając dzień po dniu trzy premiery na trzech scenach i odnosząc spory sukces. Nawet ten czerwcowy wyczyn nie zaangażował wszystkich 57 etatowych artystów, a ci, których szef teraz zwalnia – w większości od lat nie wychodzili na scenę i pobierali stawkę "za gotowość". Po co jednak przy okazji Klata narzeka na „roszczeniową mentalność młodzieży", po co uderza w takie sarkastyczne tony – tego doprawdy nie rozumiem.

Zwalniać będąc dyrektorem teatru czasem trzeba – służą temu odpowiednie procedury prawne, które, jak ufam, dyrektor Klata w pełni zachował. W teatrze ważny jest zespół – ale po tym, co widziałem niedawno w Krakowie, po premierach Libera, Strzępki, Passiniego – nie mam wątpliwości, że w Starym Teatrze zespół ma się dobrze. I po zwolnieniach będzie miał się dobrze nadal. Ze stolicy pod Wawel co niektórzy mogliby jeździć z pielgrzymkami - by zobaczyć, że „zespół" to nie tylko jedno z zaklęć przeszłości, powtarzanych przez sędziwych profesorów.

Ale „roszczeniowa mentalność"? Chciałbym myśleć, że z ust dyrektora, który dopiero co na swojej scenie pokazał jedną z najbardziej gorzkich, a zarazem lewicowych z ducha wypowiedzi na temat miejsca, w którym jesteśmy obecnie jako społeczeństwo- to jakieś dziwne przejęzyczenie. Jakaś czkawka z lat 90. Z niesłusznie nieminionego okresu błędów i wypaczeń. Bo słowo „roszczeniowy" pachnie oponami palonymi przez tych, z którymi etosowej inteligencji przestało być po drodze. Czuć w nim też PGR-y, które likwidowano, zostawiając ludzi samym sobie. I pobrzmiewa w tym słowie pamiętne „trzeba się było ubezpieczyć", skierowane do powodzian przez „lewicowego" premiera Cimoszewicza. To słowo-klucz do tego, co w polskich przemianach ustrojowych najgorsze i najbardziej bolesne.


Bardzo to dowcipnie wywiódł ostatnio na swoim blogu Wojciech Orliński. Otóż do 1989 roku słówko „roszczeniowy" pozostawało w żargonie prawniczym – i oznaczało uprawnionego do „roszczeń", czyli do oczekiwania od określonej osoby określonego zachowania się. Po raz pierwszy w „dzisiejszym" znaczeniu słowo to padło na papierze ponoć 11 maja 1989 r., na łamach „Gazety Wyborczej" zresztą. Jeżeli będzie jakiś dziennikarski Sąd Ostateczny, to kwestia ta na pewno zostanie tam poruszona.


Dlatego używanie słowa „roszczeniowy" jest po prostu słabe, jak to młodzież dziś mawia. I nic lepszego się Polsce nie może dziś przydarzyć niż roszczeniowa młodzież. Dla której nie będzie oczywiste, że musi „nadganiać" – pracując dwa razy więcej za trzy razy mniejsze pieniądze, niż koledzy zagranicą. Która będzie potrafiła się organizować – kiedyś, mam nadzieję. I która – gdy korzysta ze swoich praw do odwołania się do drogi sądowej, nawet jeśli zwalniana jest z mocnych powodów – nie musi być wytykana i zaznawać na sobie pedagogiki wstydu.


Klacie nigdy nie było po drodze z etykietami „prawica"/"lewica". Trochę tak, jak szeroko pojętej pamięci o „Solidarności". Ale gdy robił spektakle w Wałbrzychu, gdy w swoim gdańskim „Hamlecie" pokazywał elity III RP grające w golfa na gruzach stoczni – wiadomo było, że jest po stronie tych, którzy na golfa się nie załapali. Po co mu dziś skompromitowany język? 


niedziela, 07 lipca 2013, witold_mrozek

Polecane wpisy

Autor - żyje, pochodzi ze Śląska i deklaruje poglądy socjalistyczne. Członek zespołu "Krytyki Politycznej" i stały współpracownik "Gazety Wyborczej", gdzie pisze głównie o teatrze. Wcześniej związany m.in. z "Przekrojem" i Instytutem Muzyki i Tańca. Mieszka w Warszawie.